Po długiej, mroźnej i śnieżnej zimie nie przychodzi wiosna, ani tym bardziej lato. Przychodzą roztopy. Mokra breja pod nogami, która za wszelką cenę próbuje dostać się do butów. Błoto, w którym grzęźnie się na spacerze czy wycieczce rowerowej. Strome, boczne drogi, na które spływa woda z pól. Gigantyczne kałuże, których ani ominąć, ani przez nie przejechać. Na trawnikach przed blokami… psie kupy, które bardzo długo czekały na ponowne ujawnienie. To właśnie przychodzi zaraz po zimie.
I podobnie jest po kryzysie czy w trakcie terapii. Częściej od nagłego, szybkiego cudu czy objawienia można zauważyć coś, co niekoniecznie się nam się podoba (niczym wczesnowiosenny, bury krajobraz lub… – mocne, ale uzasadnione porównanie – jak teren po wybuchu bomby). A potem praca, trud, adaptacja… Jako osoba po kryzysach i terapiach (obecnie również w terapii indywidualnej jako przyszły psychoterapeuta), mimo że – jak się zdaje – mam tego świadomość, nadal robi to na mnie wrażenie. Tak samo jak roztopy. I tak samo jak wiosna, która przyjdzie. Po niej lato, jesień i … zima.
